eN-stories: opowiadania i eseje...

Wpisy

  • środa, 21 września 2016
    • Młody samiec krogulca wiosną. W hołdzie Prawom Natury

      Oto wybrałem się na dzienne obserwacje ptaków. Była niedziela 17.04.2016. roku. Pierwszy raz aż tak ciepło i pogodnie. Wszędzie kwitnące pierwsze kwiaty, zazieleniające się drzewa i darń. Słońce operuje iście aż nazbyt intensywnie, aż razi w oczy. Jego światło wręcz więzią subtelnie zawierając i zaklinając w siebie owe zielone już prawie zadrzewienia i zakrzewienia w dolinie miejskiego odcinka rzeki Zwolenki. Wszędzie rozśpiewany ptasi drobiazg, od sikor i drozdów oraz łuszczaków, po świstunki i pokrzewki. Bardzo optymistyczna zatem sceneria i aura.

      Wchodzę zatem na ulicę Chopina w Zwoleniu. Nagle w całej okolicy podrywają się do ucieczki krukowate i szpaki, a sikory „dzwonią” ostrzegawczo. Po chwili dostrzegam młodocianego (juvenis) samca krogulca, który w przebiegłym manewrze powolnego lotu „ni to nie drapieżca”, słowem maskując i unikając swego typowego sposobu poruszania się „dostaje się” w okolicę kościoła. Tu ostatecznie atakuje z dolotu po małym skosie, acz pod koniec zwijając niemal zupełnie skrzydła. Nie wiem na pewno, ale przypuszczam po dalszym przebiegu wyprawy na ptaki, że nie pochwycił jednak ofiary. Dlaczego? O tym już za chwilę!

      Otóż po około pół godziny dalszych obserwacji doszedłem pod żwirownię dawniej nazywaną tu „piachami”. I tu na skraju doliny rzeki, w rosłym krzewie zazieleniającej się czeremchy, zobaczyłem młodego samczyka pospolitej pokrzewki kapturki. Ptaszek intensywnie żerował u szczytu rośliny, a przy tym non stop głośno śpiewał, co jakiś czas taksując moją osobę, z czym czuł się dość zobowiązująco i niezręcznie. Miał jeszcze nie wybarwioną na czarno brązową czapeczkę na głowie. Był to zatem około mniej niż roczny osobnik. I nagle, po dłuższej mojej obserwacji, jego dalsze życie stanęło pod znakiem zapytania, a to co się wydarzyło dało ponurą odpowiedź. Oto wykorzystując zagapienie się pokrzewki na mnie, od strony słońca i z południowym wiatrem, na tą niedoświadczoną, młodą kapturkę gwałtownie „spadł” w śmiałym ataku ów obserwowany wcześniej i głodny wciąż młody samiec krogulca! Pokrzewka salwowała się spóźnioną ucieczką do podstawy czeremchy i za pień pobliskiej, starej olchy, zawróciła do punktu wyjścia i trach – przedzierający się przez gałęzie brawurowo drapieżca tu ją dopadł szponami. Atakując opadał i poruszał się iście jak spadający z drzewa jesienią liść! Następnie oddalił kilkanaście metrów w dolinę w układzie „prostopadle do mnie” i tu zaczął pożerać. Jednak po dłuższej chwili dostrzegłem samca krogulca znowu, jak z ofiarą w szponach oddala się z południowym wiatrem, w ciasnych kręgach aktywnego krążenia na północ, prawdopodobnie do gniazda w pobliżu rezerwatu w Puszczy Kozienickiej. Jeszcze długo z „piachów” „odprowadzał” go ostry okrzyk alarmowy lęgowego tam szpaka.

      Ja zszokowany doznałem olśnienia. Ten młody samiec krogulca już był na tyle doświadczony, że przy mnie oraz sprytnie wykorzystując wprost zagapienie się pokrzewki, polował. Trochę też było mi głupio i nieswojo, gdy uświadomiłem sobie, że byłem tu nieco winny dramatu pokrzewki, jako że drapieżca posłużył się mną jako osłoną czy iście „ekologicznym” „parasolem” dla swych forteli i zamiarów. Cóż, bywa i tak, że się współuczestniczy we względnie negatywnych zdarzeniach mimowolnie i nieświadomie, ale i może, ba, na pewno nic się nie stało. Ja mogłem, jakby nie było i co by nie myśleć, cały behawior obejrzeć opodal, tuż. Krogulec tymczasem zdobył pokarm dla swej zapewne wysiadującej lęg samiczki. Ofiara też nie była aż tak cenna obiektywnie rzecz biorąc. Był to młodociany, dotychczas nie lęgowy, osobnik. Nawet inne stare i dorosłe samce kapturki ponosiły częściową odpowiedzialność, o ile warto jeszcze tu deliberować, spychając tą młodą pokrzewkę swego gatunku w rewir na skraju doliny. Zatem choć śmierć zebrała żniwo – nikt tak naprawdę nie ponosił za to winy. Nawet drapieżca usprawiedliwił to swoim motywem np. troskliwego opiekuna lęgu czy swoim głodem. Po chwili dalszych emocji, czując obiektywnie, pewnie, że jednak zostałem i tym razem przez Naturę obdarowany ciekawym zdarzeniem, już zwyczajnie oglądałem żerującą dalej w dolinie muchołówkę żałobną. Ten tekst niech jednak będzie hołdem dla siły przetrwania ukrytej w Naturze i rozsądnego rozumienia praw, którymi owa Natura się rządzi i powoduje. Jak również uwiecznia dwóch głównych bohaterów tego wypadu na obserwacje ptaków. Mam nadzieje, że taka rola nie ujmuje mu blichtru i wzniosłości, typowego, a nawet koniecznego dla nawet typowych i znanych powszechnie z natury zdarzeń…

      samiec krogulca 

      ...samiec krogulca w locie / foto - Jerzy Mróz / Internet...

      mlody samiec kapturki 

      ...młody samiec kapturki / źródło - Internet...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      środa, 21 września 2016 19:16
  • poniedziałek, 05 października 2015
    • Poczciwy lelek

      24.07.2015., w piątek wybrałem się popołudniu na rekonesans w poszukiwaniu lelków w Puszczy Kozienickiej. Z doświadczenia wiedziałem, że jest to gatunek lęgowy do połowy sierpnia, zwłaszcza podczas tak sprzyjającej aury, jak latem 2015 roku. Jednak dość dawno nie poszukiwałem tego ptaka, więc byłem nieco podekscytowany i zaniepokojony, czy ziszczą się moje oczekiwania. Jechałem rowerem na zachód (W), od miasta Zwoleń na zręby w borze sosnowym w pobliże „Ługu Bartodziejskiego”, 10 km od miejsca mojego zamieszkania. Tam oczekiwałem na bohatera tego opowiadania już od pół godziny przed zmierzchem. Wiedziałem, że ptak da się świetnie wabić nawet przybliżonym naśladowaniem jego głosu godowego, i to na długo przed zmierzchem, więc i tym razem nie czekałem – zaraz po przyjeździe na zrąb zacząłem intonować zachowania i głosy godowe samczyka. I oto zza bagna od razu usłyszałem wielokrotne okrzyki ostrzegawcze, choć „cedzone” w długich interwałach (okresach) czasu. Minęło kilkanaście minut, słońce było bliskie zachodowi, a samczyk przyleciał na przeciwległy skraj rozległego zrębu i podjął już na stałe nutę głosów godowych, zwłaszcza, że ja wytrwale wabiłem dalej. Chciałem zaobserwować lelka z bliska i to każdy aspekt jego wokalizacji (repertuaru okrzyków) i zachowań. I nie zawiodłem się! Samczyk lelka im było później, tym śmielej sobie poczynał, odzywała się także samiczka. Słyszałem wielokrotnie okrzyk godowy – terkot, kontaktowy – „żułik”, w tym pary ptaszków, czy wspomniane wcześniej zawołania ostrzegawcze, choć tylko jako uprzedzające późniejsze wydarzenia. Mało tego. W kilkanaście minut po zachodzie słońca samczyk przyleciał opodal, niemal na wyciągnięcie ręki. Przysiadał na gałęzi sosny, z której następnie startował, latał nade mną, tokowo klaskał skrzydłami, i ponownie prezentował się w wizjerze lornetki, konsekwentnie  przysiadając wzdłuż tej samej gałęzi sosny. Na ten konar punktowo i precyzyjnie skonsternowany powracał po takiej demonstracji siły właściciela rewiru. Poczułem zatem nie tylko dumę z powodu swoich umiejętności wabienia, ale zdobyłem się z łatwością na antropomorficzne, spontaniczne i szczere konstatacje, doceniając rozbrajającą niewinność, poczciwość i naiwność tego gatunku nocnego ptaka. Lelek bowiem wprost ignorował moją obecność, co sankcjonowało właśnie umiejętne wabienie, emitowanie przeze mnie odgłosów, a wręcz się niewinnie „zauroczył” czy odnosił się tylko do tego co słyszał i swoich powinności hegemona stadła i posiadacza lęgu oraz samiczki. Nie istniał mój problem, ba jak piszę uwiarygodniała mnie wiarygodność wabienia. To była sankcja dla tych wydarzeń, ale nie tylko. Nic nie liczyło się zatem dla lelka, jak tylko dążenie do konfrontacji ze źródłem jego ekscytacji. I zapewne fakt mimetycznego (ochronnego) ubarwienia oraz, że ptaszek ten jest zwierzątkiem nocnym stały za taką naszą, specyficzną interakcją (odniesieniem). I ile razy wydawało mi się to rozbrajające, tyle uśmiechałem się i myślałem, jak właśnie czasem w tak spektakularny sposób okazuje się, że i lelek i Natura w ogóle jest finalnie  poczciwa, niewinna i sympatyczna czy wprost „fajna”. Wkrótce przestałem wabić, by umożliwić lelkom powrót do bardziej konstruktywnego działania. Dumny i zachwycony ruszyłem dalej, by kontynuować obserwacje innych nocnych ptaków. Lecz miłe zachowanie lelków było dziś najważniejsze i jeszcze nie raz wrócę do niego także nie tylko tkliwymi myślami.

      lelek adr szafranski

      ...lelek - foto / Adrian Szafrański...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 października 2015 19:16
  • wtorek, 08 września 2015
    • O wartości i radości poznawania Natury

      Na wyprawę do lasu wybrałem się po południu. Pogoda letnia, średni upał, z północnego wschodu wiał silny i porywisty wiatr, który chłodem owiewał przestrzenie skrajów boru. Słońce operowało „szklarniowo”, zza warstwy chmur pierzastych i rzadkich, małych i białych obłoków położonych na średniej wysokości. Miało się dziś na zmianę pogody. Wyczuwalny był zatem stały niepokój, gdy np. spojrzeć i posłuchać wiatru pośród w tej okolicy dość starego lasu.  Był 24 sierpnia 2015 roku. I oto nieco zaniepokojony zaraz po wejściu między drzewa już wszędobylską leśną ciszą - wędrowałem drogą do bagiennego rezerwatu „Ługi Helenowskie” koło Zwolenia na Mazowszu. „Czy tu, letnią porą, w upale i znoju mojego przedsięwzięcia, gdy wiem, że sierpień to czas pierzenia się i w związku z tym dyskretnego życia ptaków, wydarzy się coś ciekawego? Coś, co nagrodzi mój trud i spełni, a może przejdzie najśmielsze oczekiwania?” – inspirowany pierwszym wrażeniem rozważałem zaniepokojony zaraz po wejściu do milczącego i oblanego słońcem boru Puszczy Kozienickiej.

      I jest! Dosłownie po kilkudziesięciu metrach wędrówki natknąłem się na rodzinkę muchołówek szarych intensywnie żerujących w słońcu i górnych partiach wiekowych sosen. To był zatem dość późny lęg, jako że lotne pisklęta żebrały jeszcze o pokarm od ptaków dorosłych. Podobną sytuację „miałem” jeszcze jednokrotnie w innym miejscu, a w pobliżu bagna - „Ługu Bartodziejskiego” natrafiłem na koncentrację żerujących również w nasłonecznionym miejscu na skraju zrębu kilkunastu muchołówek tego gatunku. I od tego pierwszego spotkania „posypały się” liczne kolejne obserwacje ciekawych heurystycznie (problemowo) zdarzeń. Na przykład zauważyłem w sumie kilkanaście stad sikor, w których niektóre taksony, jaki sosnówka czy czubatka, jeszcze z cicha podśpiewywały. Napotkałem też cztery gatunki dzięciołów, w tym samca dzięcioła czarnego, także wykazującego jeszcze zachowania, tu konkretnie głosy, godowe, i dzięcioła średniego. Stada jaskółek wyraźnie podzieliły się teraz po południu i nad lasem na poszczególne gatunki, dymówki i oknówki oddzielnie. Na leśnej drodze w głębi Puszczy Kozienickiej znalazłem oczywiste na tę porę roku trofea – sterówkę dorosłego myszołowa, najdłuższą lotkę z prawego skrzydła dorosłego puszczyka, ozdobne pióro konturowe żurawia i sterówkę samicy kosa. Gdy dodam, że las nad zrębami stale, tak, że widziałem ją długo i wiele razy, patrolowała na sporej wysokości dorosła samica sokoła kobuza, potwierdzę, że moje obawy tak szybko, jak się pojawiły, znikły w ferworze kolejnych pasjonujących i frapujących odkryć z życia ptasiej leśnej braci. I nie tylko chodziło tu o ptaki – natknąłem się na tropy łosia, dzików, saren i znalazłem na piasku w dwóch miejscach ślad po pełznącym wężu, zapewne zaskrońcu, choć i rzadkie żmije zygzakowate występują w tej okolicy. Tak idąc przez las i bagna rezerwatu już nie myślałem „czy”, a „co” skłoni mnie do nie kłamanej, wielkiej poznawczej radości, jaką przynosi praktykowanie naukowej metody i dyskursu (rozumowania).

      Właśnie wyszedłem na zrąb przy wspomnianym „Ługu Bartodziejskim”. Uprzedzony zachowaniem już samodzielnych, a tu gwałtownie rozpraszających się nad lasem ku południowi młodych grzywaczy zacząłem się zastanawiać, czy nie pojawi się tu jakiś większy drapieżca. I rzeczywiście - nad ścianę lasu za zrębem wprost „wpłynął” niesiony wichrem z północnego wschodu dorosły jastrząb, samica. Natychmiast przyłożyłem lornetkę do oczu. I oto zauważyłem, że ptak na początku obserwacji niemal nie poruszył skrzydłami. Tak umiejętnie, z doświadczeniem, wręcz świadomością i wysublimowanym przystosowaniem sprawności, techniki oraz niuansów praktyki lotu, do każdych warunków atmosferycznych, a zatem tak szalenie sprawnie wykorzystywał z łatwością unoszący i wznoszący go wiatr. Przez moment towarzyszyła mu rozsierdzona samiczka krogulca, która mimo gwałtownych ataków na gołębiarza, niemal nie wpłynęła na jego zachowanie. Jastrząb jedynie dwukrotnie zakołował, rozpostarłszy na jedną trzecią ogon, i to tylko po to, by przyjrzeć się i sprawdzić kondycję uciekających grzywaczy, po czym nie zrażony agresją krewniaka wprost jak „wielki wilk morski” poszybował, pożeglował pod wicher z północnego wschodu. I tak po zaledwie dwóch minutach skrajnego zaimponowania mojej osobie zniknął niemal tak szybko, jak się pojawił. Przepadł w szturmowym, gończym locie za linią lasu za zrębem. Tak! To było to, clou, katharsis, wszystko! Skoncentrowana, oparta o metodę i dyskurs obserwacja dorosłego jastrzębia, mimo, że niemal zdawkowa i nomen omen, „przelotna”, przyniosła dziś mi najwięcej skrajnie intensywnej satysfakcji i radości. Matka Natura obdarowując mnie tak wspaniale nie jako samo przez się zobowiązała mnie bym Jej podarunek przekazał dalej, tak intensywne były to przeżycia. I właśnie oto kończąc - konstatuję, iż przelałem relację z tych pamiętnych zdarzeń na słowa tego opowiadania. Opowiadania w formie zwięzłego, a jak widać nieodwołalnie w kontekście tamtych wydarzeń wręcz „koniecznego”, i mam nadzieję, poczytnego eseju. 

      rez lugi helenowskie z acg

      ...krajobraz "Okrągłego Ługu" w rezerwacie "Ługi Helenowskie" wraz z sylwetką samicy jastrzębia...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 września 2015 20:36
  • niedziela, 06 września 2015
    • Niezawodna szczodrość Matki Natury

      Jest oto 6 września 2015 roku. Postanowiłem i dziś wybrać się na obserwacje Natury. Liczyłem na przeżycia poznawczej i estetycznej proweniencji i jak zwykle się nie zawiodłem. Moim celem była tak długa obecność „na ptakach”, aż napotkam zdarzenie o charakterze przełomu, katharsis, czegoś szczególnie na tę chwilę frapującego. Pogoda zmieniła się. Na niebie, na średniej wysokości, gnane południowo – zachodnim wiatrem przemieszczały się duże obłoki o wzrastającym wpływie na ekspozycję słońca w kierunku wzrostu ocienienia podłoża. Temperatura około maksymalnie 18 stopni Celsjusza. Wiatr był co prawda umiarkowany, ale porywisty. Na razie nie padało.

      Szedłem polną drogą wzdłuż i w dół od Zwolenia doliną rzeki Zwolenki. Co rusz napotykałem jakiegoś przedstawiciela ptasiej braci, ale z rzadka, jak to o tej porze roku, go widziałem zwykle „na słuch” dokonując oznaczenia gatunku. Dotychczas najciekawsze taksony, to żerujące teraz w godzinach około południowych aż 3 myszołowy i 1 samiczka krogulca. Te pierwsze nie tylko w rozproszeniu zawisały dziś nie wysoko w wietrze na nieruchomych skrzydłach i lustrowały ugory oraz ścierniska w poszukiwaniu łupu. Ja jednak szedłem dalej i dalej, by dzień ten zwieńczył ów szczególny casus, clou radości nie tylko w chwili spotkania, ale i potem, gdy obserwacja ta zapadnie głęboko we wspomnienia.

      I oto, gdy nieboskłon od dłuższego już czasu zasnuły ciemne i gęste obłoki, a tu zrobiło się ciemniej niż zwykle o tej porze dnia, dostrzegłem dość osobliwie manewrującego, młodego grzywacza. Ptak nieoczekiwanie zrezygnował z kontynuacji przelotu ku północnemu – zachodowi, zawrócił nad las na obrzeżach doliny rzeki i gwałtownie pikując ukrył się w gęstwinie. To była znana mi z innych obserwacji strategia unikania drapieżcy typowa nie tylko dla tego gatunku. Istotne też było to, że zachował się tak osobnik młody, a już tak doświadczony. W każdym razie, gdy spojrzałem nad dolinę prostopadle do miejsca zniknięcia gołębia, już nie miałem wątpliwości, że grzywacz tylko tak mógł ustrzec się przed atakiem. Pod wiatr bowiem, na niskim pułapie, niemal razem z owym „zaciemnieniem” ku zachodowi podążała młoda samica jastrzębia!

      Drapieżca świadomy bez wątpienia zmiany warunków oświetleniowych w ogóle mnie się nie bał. W odległości około 70 metrów ode mnie dwa razy zakołował przyglądając się miejscu zniknięcia i poszukując gołębia. Potem utrzymał kierunek lotu ku zachodowi nalatując wprost nad partię lasu, gdzie ukrył się grzywacz. Następnie po kolejnym kołowaniu udał nad pola za las i już bardziej niezależnie podjął częściowo aktywne wznoszenie, na początku z rozwinięciem na jedną drugą ogona, tak, że błyskawicznie w porywistym wietrze osiągnął sporą wysokość. Potem ponownie zawrócił, tym razem nad dolinę na wschód. Ciągle liczył na ujawnienie się niedoszłej ofiary. Po chwili na moment zniknął mi za ścianą lasu, by, gdy znów go zobaczyłem – krążyć nad rzeką tym razem w towarzystwie atakującej go gwałtownie i wielokrotnie samicą krogulca. Obok, w bezpiecznej odległości i pod wiatr od jastrzębia, od zachodu szybkim wznoszeniem bez wątpienia „ratowały się” przed nieprzyjemną konfrontacją, dwa spotkane wcześniej myszołowy. Mało tego – gdy ponownie na gołębiarza „spadła” w brawurowym ataku owa samica krogulca – jastrząb sprytnie i finezyjnie manewrując obrócił się rozwijając ogon i omal jej nie pochwycił! Wtem jastrząb skierował się na południowy wschód w dół rzeki i po dłuższej chwili „zaserwował” prawdziwy spektakl, na jaki stać tego drapieżcę. Z już dużej wysokości, zwijając całkowicie skrzydła, jak kamień „uderzył”, spadł, spikował – pod koniec tego manewru naprowadzając się na cel tak, że z gigantyczną prędkością podążał po skosie, na najprawdopodobniej kaczki krzyżówki gdzieś w dalszej i już odległej części doliny rzeki.

      Była to młoda, tegoroczna, sądząc z częstości usiłowania pochwycenia ofiary, samica tego gatunku drapieżcy. Jak urzeczony obserwowałem, ale też z dumą dla fartu, jakim było to spotkanie z jastrzębiem, „świadectwo” jego tu bytności. Na polach inne grzywacze oraz szpaki obsiadły linię wysokiego napięcia, by śledzić poczynania gołębiarza. W dolinie natomiast po dłuższej chwili dostrzegłem lądujące bliżej miasta i ludzi pozostałe ze stada kaczki krzyżówki, z których jedną zapewne pochwycił jastrząb. Pochwycił jednak tylko prawdopodobnie, skoro ponownie tam w dali się nie pojawił, wznawiając swoje usiłowania. I oto jak tego oczekiwałem, wyśnił mi się na jawie, sen, piękno i fart, a także skrajna radość jak pisałem na wstępie - poznawczej proweniencji. Matka Natura jak zwykle i dziś była hojna. Spotkanie z jastrzębiem jak zawsze  okazało się bardzo frapujące, bo jak widać to tak finezyjnie doskonały, nietuzinkowo szlachetny, władczy i „drapieżny” oraz iście wyjątkowy Jej twór i  dziecko, i jakże niewinny, wspaniały „wojownik” - niepośledni łowca.

      Marcin Perkowski acg juv 

      ...młoda, polująca samica jastrzębia - foto M. Perkowski / źródło - Internet...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 września 2015 21:35
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Tak blisko, a daleko zarazem. Rzecz o wabieniu puszczyków

      Jest około godziny 22, ciepła, pachnąca żniwami i upałem noc końca lipca 2015 roku. Zacząłem wabić puszczyki, naśladując głos godowy samca, w pobliżu  Janowca nad Wisłą. Miejsce jest o tyle warte takiego działania, że z najnowszej mapy wynika, iż znajduje się tu pozostałość dworskiego parku. Zaciekawiony więc kontynuuję wab jeszcze 2 kolejne minuty. A nóż stwierdzę tu sowy tego gatunku? I oto od strony kępy starszych drzew owocowych po zachodniej stronie obiektu dobiega mnie gwałtowny zew, seria, okrzyków „areałowo – ostrzegawczych” „ku – wiii” jak się za chwilę okazuje dorosłej samicy puszczyka. Ptak po kolejnej frazie tych zawołań przemieszcza się w moją stronę i woła głosem areałowym – tak zwanym „godowym niekompletnym”, by po chwili przejść do wielokrotnych okrzyków tłumiących agresję – zawołań „bekasowych” (co i ja odwzajemniam) i kontaktowych „ki – łik”! Po chwili znów samiczka intonuje okrzyki areałowe, „wypowiadając” je już w finalny, spokojny sposób. Nie minęło więcej niż 10 minut, a z uwagi na porę roku, lato, okres godów i „huhowiska” w życiu puszczyków, uzyskałem „legitymację” lojalności tej, jak się okazało jeszcze lęgowej i „bardzo” „zobowiązanej” aktualnym stadłem samicy tego gatunku sowy!

      Oto aktywność moja – wabienie, było tak niefortunne, z czego nie zdawałem sobie sprawy w tym przypadku, że gdy po kolejnych 5 minutach ujawnił się nawołujący z daleka z południa samczyk, jak piszę było już za późno. Dlaczego? Otóż ów samczyk doleciał do swojej połowicy i nawoływał. Ta o zgrozo, choć jest to typowe dla okresu letnich godów puszczyków, okazała mu niesubordynację odgłosami walki – „miauczenia” i wyraźnie adresowaną do mnie, z przemieszczeniem w moją stronę, interakcją kolejnych okrzyków, w tym tłumienia agresji „bekasowych”, areałowych i kontaktowych! Mało tego – od strony wschodniej, z pozostałości parku, mimo tak już zaawansowanego lata, nadleciały dwa lotne, ale jeszcze zupełnie młode i niesamodzielne pisklęta. Po kilku chwilach nasłuchu i wykryciu niemal braku mutacji w zawołaniach kontaktowych młodych ptaków oceniłem, że w tym rewirze pozostaną one jeszcze minimum do pierwszych dni września. Natychmiast zaprzestałem zatem wabienia, by ptaków nie konsternować, choć już wiedziałem co będzie. Oto samiczka, a z inicjatywy tej płci dochodzi u puszczyków latem do zmiany stadła, czyli po „huhowisku” rewir lęgowy najczęściej zajmuje nowy samczyk, okazując obecnemu partnerowi nielojalność, a „opowiadając się” w tak ekspresowym tempie za mną, niemal „wypowiedziała” swojemu samczykowi wszelkie zobowiązania! Tak! Owa samica puszczyka zwiedziona wabieniem i ta sytuacja to dla samca kolaps spokoju oraz pełnowartościowego wsparcia w opiece nad pisklętami. I choć nie ponosiłem tu świadomej winy, trochę żałowałem, że wabiłem tą parę. Potwierdziło się to kilkanaście dni później, gdy tam znów pojechałem. Chciałem sprawdzić, czy samiczka pozostała przy lęgu. Tym razem byłem tam nad ranem. Na szczęście co prawda partnerka z sowiej pary wywiązywała się ze swoich obowiązków, młode były przez nią karmione, ale samczyk wyraźnie jej już nie ufał! Dzięki wabieniu mogłem wykryć tak późny lęg puszczyków, jednak z doświadczenia wiem, że źle się stało, iż w związku z porą roku i skłonnością tych ptaków do odbywania letnich zalotów oraz godów, ich wzajemna relacja została przez opisany wyżej incydent już na zawsze zmieniona. Czasem także zaledwie jeden akt nielojalności w tym wrażliwym w życiu sów puszczyków okresie może doprowadzić do zerwania więzi (stadła) i porzucenia się nawzajem ptaków. By do tego nie doszło – postanowiłem zajrzeć do tej pary dopiero za ponad miesiąc. I napiszę – oby ptaki się na nowo porozumiały oraz pozostały przy sobie, co jest na szczęście dość prawdopodobne, choć z doświadczenia wiem, czasem bywa zupełnie inaczej. Zdarza się bowiem, że powtórzę z uwagi na rangę tego przekazu, iż akty nielojalności samic w okresie letnich godów puszczyków nawet po kilkukrotnym wabieniu w tym okresie ulegają wzmocnieniu i ponawianiu, tak, że dochodzi do trwałego zerwania stadła (więzi). Istotna i nie jedyna korzyść z całego opisanego tu zajścia to fakt, że w tych dniach jednak pogłębiłem swoje rozumienie nie tylko znaczeń i „mowy” puszczyków, ale poznałem wiele tajemnic ich życia. Na przykład wykryłem tak późny lęg. Przekonałem się także po raz kolejny, że precyzyjne imitowanie i wabienie tego gatunku, a zapewne i innych ptaków powinno być w miarę możliwości roztropniejsze, choć nie zawsze można przewidzieć jego konsekwencje. Byłem na szczęście usprawiedliwiony ich świadomością, a także szlachetnym, poznawczym celem oraz przyjętą metodą działania na przyszłość, w której najistotniejsze było zaprzestanie na długo wabień w tym miejscu. I dzielę się z Tobą Czytelniku tą wiedzą, byśmy od teraz z rozwagą właśnie latem, w okresie „letnich godów”, a czasem „huhowiska” – okresu zmian stadła u puszczyków stosowali wabienie tych sów umiejętnie i li tylko motywowani bezwzględną koniecznością. A o tym poucza opisany „ku przestrodze” powyżej etogram (zapis) przebiegu obserwacji zachowań puszczyków w szczególnie dla nich wrażliwym okresie połowy lata.

      dorosly puszczyk 

      ...dorosły puszczyk - źródło / Internet...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 10:42
    • Polujący sokół kobuz

      Oto nastał sierpień. W świecie ptaków i ich obserwacji u większości, zwłaszcza drobnych form dał się zauważyć okres stagnacji i uciszenia. Ptaki  przystąpiły do pierzenia i intensywnego żerowania przede okresem migracji (wędrówek), a po czasie energochłonnych lęgów. Dlatego podczas obecności w jakimkolwiek krajobrazie i widziało się i słyszało bardzo niewiele. Jednak jak zawsze były tu odstępstwa od reguły. Niektóre choć nieliczne z rodzimych gatunków jeszcze częściej można było spotkać, niż wiosną, jako że wynikało to ze specyfiki ich obyczajów. Na przykład wędrowały około połowy miesiąca intensywnie bociany, a także niektóre drapieżne (szponiaste), w tym zwłaszcza błotniaki, częściej spotykało się i inne gatunki z tej ostatniej grupy – na przykład jastrzębia czy krogulca. Tu, choć i wszędzie, w całym kraju, w mieście Zwoleń natomiast i w okolicznych wioskach postrach zwłaszcza wśród jaskółek dymówek, a w mniejszym stopniu oknówek siał sokół kobuz, bohater tej opowieści.

      Ataki na dymówki miały miejsce zwłaszcza popołudniami, czasem też rano, gdy te jaskółki zbierały się na odpoczynek na liniach energetycznych przy ulicach w mieście i na wioskach. Wyżowa pogoda, bezchmurny lazur nieba, i niemal zupełny brak wiatru. Oto nagle jaskółki zrywają się do lotu. Z ich dziobów mknie w przestrzeń krzyk przerażenia i głos ostrzegawczy za razem – „łet-wit”. Jest to typowa reakcja głosowa, obok ucieczki, właśnie na sokoła kobuza. Ptaki dorosłe ostrzegają i pouczają młode osobniki o stanie oraz  wyglądzie zagrożenia. Gdy poluje w pobliżu także niebezpieczny dla jaskółek krogulec, często obok tego okrzyku, słyszy się powtarzany odgłos agresji „tju – pit”. Ze względu na obu drapieżców  oknówki z kolei wydają uniwersalny okrzyk ostrzegawczy „cirrr”. Właśnie ma miejsce atak kobuza. Drapieżnik kompletnie zaskakuje odpoczywające dymówki. Nadleciał bardzo nisko zza dachu sąsiadującego z ulicą budynku mieszkalnego. Ułamek sekundy i, co nie zawsze da się zaobserwować, nim młoda jaskółka nabiera prędkości, co jest jej jedyną szansą, kobuz chwyta ją szponami. Następnie uśmierca dziobem pochylając się do nich w locie i już aktywnie krążąc z częściowo rozłożonym ogonem nabiera wysokości. Potem – co właściwe tylko doświadczonym ptakom dorosłym – kieruje, pozostając nad miastem, pod nieznaczny dziś wiatr i by uniknąć utraty ofiary z uwagi na zakusy zwłaszcza krogulców i jastrzębi, ale też myszołowów, także w locie dokonuje oskubu. Gdy odziera z piór jaskółkę – szybuje i pochyla się do niej. Potem na chwilę przerywa tą czynność, spogląda przed siebie i wolno uderza skrzydłami, kontrolując kierunek lotu, wzbijając się, i taksując wszystko pod kątem własnego bezpieczeństwa. Następnie na moment znowu kontynuuje szybując pożeranie ofiary, tak, że w ogóle i słusznie nie ryzykuje z nią lądowania. Takie rewelacyjne sceny z życia nie tylko sokołów, ale i jaskółek można obserwować także we wrześniu, aż do dni odlotu dymówek, a potem kobuzów na zimowiska w Afryce. Z pozoru zatem sierpień, choć miesiąc ciszy i stagnacji w życiu większości ptaków, obfituje w tak frapujące wydarzenia. Gdy je choć raz odkryć, już inny smak poznawczy ma ta pora roku.  

      polujacy kobuz 

      ...polujący dorosły sokół kobuz - źródło / Internet...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nomadic69
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 10:36

Kalendarz

Wrzesień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny